niedziela, 21 czerwca 2009

Czy byłeś kiedykolwiek tam, tam, gdzie siedzi wielki facet za komputerem i pisze Twoje życie. Zapisuje scenariusze. Tylko zmienia daty, miejsca i osoby. Tam jest też miejsce dla Ciebie, ja usunęłam już dawno plik ze swoim imieniem i nazwiskiem. Ciekawi Cię jak to zrobiłam? Po prostu, każdy może. Wystarczy się uwolnić, powiedzieć, ja chcę mieć swoje życie. Tu nie chodzi o marzenia, chodzi o działanie. O bycie w pędzie, ale nie takim jak Ty. Takim moim, ciągle krzyczę, krzyczę, bo nie chcę by mnie złapali. Złapali i zamkneli w klatce, zaciąngneli do białego pokoju, założyli kaftan. Uciekam nie chcę by nafaszerowali mnie tabletkami i kazali milczeć. By zmusili mnie bym stała po ich stronie. Biegnę. Ciągle depczą mi po piętach. Ale ja się nie dam. Nie dam, mam siłę by biec. By uciekać. Złap mi za rękę i chodż, chodź ze mną.
Usiądź i posłuchaj, posłuchaj to co chce Ci powiedzieć, przekazać, mogę też narysować jeśli zechcesz. Boisz się? Cokolwiek powiem Ty się boisz. Wstajesz z łóżka idziesz do szkoły, pracy. Wracasz gotujesz obiad i siadasz na kanapie. Ciągle to samo, jak jakiś pieprzony rytuał. Nie walczysz, myślisz, ze Twoje życie jest ciekawe? Czasami chodzisz na imprezy i podobno dobrze się bawisz. Nie kłam. Nie udawaj. Dobrze wiesz, że nie robisz nic. Boisz się być sobą. A oni, cały system próbuje Cię zmienić, wtłoczyć w swój program, program życia. Myślisz, że masz swoje zdanie, a tak naprawdę jesteś taki sam jak oni. Mówisz, że ich nienawidzisz, ale robisz wszystko cokolwiek ci powiedzą. I co będzie kiedyś, kiedyś, gdy to zrozumiesz. Gdy zrozumiesz, że nie zrobiłeś nic. Że ciągle byłeś tacy jak oni, oni wszyscy. Wpisujesz się w każdy schemat. Ciągle to samo, idealnie nauczyłeś się grać wyznaczoną rolę. Brakuje tam tylko Ciebie. Boisz się mówić co chcesz, boisz się robić to na co masz ochotę. Najbardziej nienawidzę takich jak Ty. Są was miliony. Miliony identycznych robotów. Myślisz, ze to twoje życie? Że jesteś wolny, a tak naprawdę przy urodzeniu dostałeś etykietkę, oni sterują tobą za pomocą swojej władzy, mają moc. Doskonale mogę zgadnąć co będziesz robił jutro, co będziesz czół jak obudzisz się rano. Jesteś już stracony, stracony, bo nie zdajesz sobie z tego sprawy. Słuchaj, słuchaj i wreszcie się obudź. Myślisz, że będę taka jak Ty? Oni też chcieli wsadzić mnie między te swoje etykietki, do tych wielkich szufladek pełnych takich samych życiorysów, ale ja uciekłam. Zorientowałam się w samą porę. Robię to wszystko co zawsze Ty chciałeś robisz, ale boisz się. Boisz się, że ci inni Cię nie zaakceptują, że będziesz stał gdzieś obok już sam. Jak jesteś młody chcesz uciec, każdy chce, ale tkwi w tym ze strachu. Tkwi i zapomina w końcu, że da się inaczej. Ja jestem w innym świecie. Gdzieś obok tego co mówiłeś, z daleka. Nie jestem z Tobą, jestem obok. I nawet jak wytykasz mnie palcem, gdzieś w głębi duszy też chcesz uciec z tłumu. A wystarczy tak mało, wystarczy być sobą. Każdy na około mówi o indywidualności o tym, że każdy jest wyjątkowy, ale to nie prawda. Tak mydlą Ci oczy, zasypują je piaskiem i stajesz się ślepy. Wiesz, że nie kłamie. Wiesz, ale co z tym zrobisz? Zgodzisz się i nadal będziesz tkwił w tym bagnie. Tam gdzie jesteś bezpieczny, bezpieczny bo jesteś taki sam jak wszyscy. Tu nie trzeba odwagi, wystarczy wiedzieć kim się jest. Wystarczy krzyczeć. Mi się udało, uwolniłam się, wyskoczyłam z tego pociągu. Nie jestem tu sama. Jest tu sporo takich jak ja. Tych, którym się udało, a Ty nadal tam siedzisz. Pamiętaj, pamiętaj to co mówię. Nadeszła już pora, pora by opowiedzieć się po którejś ze stron. Nie bój się wybrać. Ale pamiętaj nie będzie już odwrotu. Jak ras to zrobisz nigdy już nie będziesz mógł wrócić na drugą stronę. Tylko raz można wyskoczyć z wieżowca.
Poszłyśmy, gdzieś tam. Zapomniałam nawet gdzie, ale było dużo ludzi. Znowu byłam w innej rzeczywistości, znowu byłam tą przerysowana postacią.

sobota, 20 czerwca 2009

Cholera zaproś mnie do siebie. Albo sam wpadnij. Bede mila.
Jesteś moim mordercą, prywatnym tym co zabija moje marzenia, sny. Gdy umieram za każdy dzień. Straszny stwór z innej rzeczywistości, który każe mi rozcinać swoje nadgarstki i zlizywać krew z opuszków palców, z dłoni. Zmusza mnie do płaczu, którego ja już nie chcę, nie chcę bo za późno przychodzi. Moje ciało krzyczy, mówi mi, że starczy tego dobrego, ze nie mam siły już płakać. Nie wiem czego potrzebuje, na pewno jakieś rewolucji, zmiany. Odwrócenia mojego świata do góry nogami, tak nagle. Nie ważne jak to się stanie. Nie potrzeba mi tego wiedzieć.

I znowu czeka mnie życie, jakie sama nie wiem. Odbijam się od ścian, jedna i druga w jedną i drugą stronę. Czuję się jak naćpana, jak nie żywa, gdzieś nie tutaj i nie teraz. W innym świecie pełnym waty cukrowej.

Czuję tą cholerną obecność kogoś we mnie, w środku. Kogoś kto depcze mi po pietach, ale nie umiem odkryć kim on jest. Czuję jego bliskość, ale nie wiem czemu nie może mi się ujawnić. Dziwne uczucie, a może to tylko mój popieprzony umysł pełen narkotycznych wizji, poalkoholowych stanów uniesienia, mieszanina jawy i snu, może on wytwarza sobie zupełnie coś odrębnego od rzeczywistości. Może ja żyję w bańce mydlanej i nic nie jest prawdą. Ale czuje to, do cholery czuje.

piątek, 19 czerwca 2009

Lubię jak odwiedzasz mnie w snach. Przychodzisz nagle, bez zapowiedzi i uśmiechasz się znacząco. Lubię jak to robisz. Otwierasz furtki mojego umysłu i wnikasz do niego cały. Czasami próbuję Cię wygonić, ale najczęściej sama zapraszam. Parzę kawę i siadam obok Ciebie na tej czerwonej kanapie. Nie pozwalasz mi patrzeć sobie w oczy, czemu nie mogę wiedzieć kim jesteś? Przychodzisz tak często, więc może spotykam Cię po za snem, tak po prostu na jawie. Może spotykamy się, mijamy, może mówimy sobie dzień dobry? Łapiesz mnie za ręce, całujesz, czuję się bezpieczna przy Tobie. Wiesz pokochałam Cię, pokochałam, ale nie wiem kim jesteś. Ale to nie taka miłość do grobowej deski, bo takiej mi nie potrzeba. To miłość która zdarza się od czasu do czasu, przeważnie wtedy, gdy się spotykamy. Miłość oparta na pocałunkach, bez planów wspólnej starości. Miłość jakiej każdy pragnie. Chciałabym wiedzieć kim jesteś, postacią z bajki? Moim prywatnym wesołym miasteczkiem? Przyjedz do mnie. Za jakiś czas, zrobię obiad, zaparzę wielki kubek kawy, przyjdź tak po prostu, a nie w snach.

niedziela, 7 czerwca 2009

Może źle interpretuję rzeczywistość, ale staram się po prostu oswoić ją, zrobić taką jakąś łatwiejszą, bezpieczną i bardziej „moją”. Kręci mi się w głowie. To pewnie od dymu papierosowego, albo po prostu ścisk w głowie. Coś próbuje wydostać się na zewnątrz, ale ja nie bardzo wiem co to jest. Trochę hamuje to, bo wiem, że jeśli wyjdzie to nie będzie już odwrotu. Wpakuję się w ślepą uliczkę i będę musiała stawić czoło temu co tam się czai. Boję się. Boje, że znudzi mi się po dwóch minutach, jak wszystko ostatnio. Bardziej pisałabym się na szampana i truskawki. Chodzą mi po głowie różne myśli i te dobre i te złe. Wyobraziłam sobie własną śmierć, w stercie brudnych ubrań, niepozmywanych naczyń. Z rozmazanym makijażem i potarganymi włosami. Ktoś chce, aby mnie tutaj nie było. Czuję tą presję, tą nienawiść i nie mam pojęcia czym jest spowodowana. Mam motywację do działania. Do zupełnej destrukcji i zniszczenia. Jestem maleńką dziewczynką, która płacze w noc. Idę schować się pod poduszkę.

sobota, 30 maja 2009

Przyjechała po mnie mama. Wielka awantura w samochodzie, że to robię źle, a tamto niedobrze. Odwiozła mnie do domu i pojechała do siebie bo ja wytłumaczyłam jej, że muszę coś załatwić i poszłam do baru. Czas się wyluzować. Martini z oliwką. Nie ma? Może być piwo z sokiem. Dziś nie będę szaleć. Przyszła Anna. Podobno wpadł do niej po południu Rafał.
Biegłam. Między blokami maleńkimi uliczkami. Biegłam ile sił w nogach. Byłam spóźniona znowu spóźniona. Pod kino dobiegłam po 20 minutach. Zobaczyłam Kube z twarzą w kolorze dojrzałej śliwki. Nie wiem czy to z wściekłości czy może on tak zawsze ma ale gdy podeszłam wykrzyczał:
Cholera czy Ty nie umiesz przyjść na wyznaczoną godzinę? Tak trudno? Czekam na Ciebie i czekam. Teraz możemy iść na piwo do parku.
Znudziło mi się patrzenie na niego. Tańczyłam na chodniku tak tutaj i teraz. On znowu zaczął swoją gadkę o miłości. Kolejny pretekst by mnie przelecieć. Przecież z miłości ładniej brzmi. Ale ja nie umiem kochać. Kogoś takiego jak on? Miłość jest śmieszna. Pamiętam jak kiedyś wydawało mi się że kocham. Byłam śmieszna, a on był draniem. Cholera od tej pory nie pozwolę nikomu się skrzywdzić. Jestem już dużą dziewczynką. Czas się zatrzymał. Wszystko na chwilę stanęło tylko ja byłam w ciągłym ruchu.

Obudziłam się. Przetarłam oczy. Białe ściany jestem w jakimś obcym miejscu. Kroplówka? Co się stało? W jaki sposób trafiłam do szpitala? Muszę stąd uciec wydostać się. Oni chcą mnie omamić, zabić. Uczą bycia takim jak wszyscy, ale ja znam tajemnicę. Nie oszukacie mnie. Wszedł lekarz, dostałam opieprz, że niedługo zagłodzę się na śmierć, że to anoreksja, że muszę jeść więcej. Że jestem niezdrowo chuda i muszę przytyć bo wystają mi wszystkie kości. Uśmiecham się tłumaczę, że nie miałam ostatnio czasu, stres. Obiecuję jeść normalnie, jeśli tylko mnie wypuszczą. Lekarz obiecuje, że jeszcze dziś wyjdę. Co on wie? Oni wszyscy chcą bym była obrzydliwie gruba. Chcą mnie zniszczyć. Chcą bym była taka jak oni. Nigdy!

piątek, 29 maja 2009

Wyszłam na deszcz, zapomniałam gdzie mam iść. Wszystko tak szybko wyleciało mi z głowy. Spacerowałam boso ulicami miasta. Czasami sobie myślę, że życie jest w sumie piękne. Wiosna, drzewa obsypały się zielenią. Zobaczyłam kogoś w kawiarni. Zatrzymałam się i weszłam do środka. Usiadłam stolik obok. Wydaje mi się, że to sen. Zamawiam kawę, wyciągam papierosa i siedzę. On nawet nie spojrzał. Bezwstydnie zarzucam nogę na nogę i co chwile zerkam w jego kierunku. Kim on może być? Tak po prostu sobie siedzi i maluje na kawałku papieru. Nie jestem przyzwyczajona do mężczyzn, który po dwóch spojrzeniach nie podchodzą do mnie i nie mówią: Może byśmy poszli do mnie.

Wstaje i siadam obok niego, on nawet nie spojrzał. Jestem trochę poirytowana, lecz intryguje mnie ten ktoś. Pukam go w ramię, on spogląda i każde mi poczekać. Czekać? Jakiś facet każe mi czekać? Nie dość, że to ja się dosiadłam, to on każe mi siedzieć w ciszy, zamiast rozmawiać ze mną. Kim jesteś proszę Pana? On po 20 minutach, które spędziłam przyglądając się przechodnią, łapie mnie po prostu za rękę, rzuca na stolik garść pieniędzy i wyprowadza z kawiarni. Prowadzi mnie, gdzieś w ciszy. Jedna moja część chce uciekać, lecz druga idzie. Dochodzimy do rzeki. On siada na trawie i ciągnie mnie w dół.

-Jestem Adam, tu jest mój świat, zobacz będziemy teraz karmić kaczki. A Ty kim jesteś?

-Jestem promykiem słońca. Tak możesz do mnie mówić. Zobacz znalazłam białe piórko.

I tak rozmawialiśmy ze sobą aż zaczęło się ściemniać. Po prostu tylko rozmawialiśmy, nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Ten ktoś nie żądał ode mnie niczego więcej niż tylko rozmowy. I nie chciałam tego zaburzać. Spojrzałam na zegarek, jestem już spóźniona. Pocałowałam go w czoło i uciekłam. Może się jeszcze kiedyś spotkamy, a może nie.
Poszliśmy do mnie. W kuchni sterta niepozmywanych naczyń. Przedarliśmy się przez góry brudnych ubrań, butelki po wódce porozstawiane wszędzie i kartony po pizzy. Pokój w stylu komunistycznego gówna. Nalewam dwie szklanki taniego wina w kubki odrobinę brudne, ale przecież nikt tego nie zauważy. Siadam obok niego na skrzypiącej kanapie przykrytej kocem w kratę. Siema, co słychać, dawno się nie widzieliśmy. Chcesz zobaczyć moje piersi? Nie zależy mi, jest prawie ranek. Znowu się upiłam. Przecież jestem w Twoich oczach tylko zwykłą szmatą, prawda? Zapraszam Cię do domu, rozmawiam, więc i tak pewnie sądzisz, że chodzi mi tylko o sex. Mówię do Ciebie, a Ty zastanawiasz się w jaki sposób mnie "weźmiesz", czy głośno jęczę. Myślisz o tym jak wyglądam nago i twój wzrok kierujesz na mój dekold. Tak sobie siedzę na tej kanapie i zastanawiam się czy kiedyś jak zaproszę kogoś nie będę traktowano jako środek. Środek do orgazmu. Pewnie za kilka minut, po kolejnym drinku pocałujesz mnie, zedrzesz ubranie, a ja zamknę oczy i pozwolę się przelecieć. Obrzydza mnie to. Ale jak mus to mus. Druga, trzecia butelka, jest coraz przyjemniej. Po południu pójdę do kina. A na 20 do lekarza. Po raz 4 obrzydliwy starszy pan wyskrobie z mojego wnętrza zarodek człowieka. Raz dwa i po sprawie. Nawet lubie te zabiegi. A po każdym obiecuję sobie, że nie będę już z nikim się pieprzyć. Mój gość sobie poszedł, zadzwoniła Anka. Wieczorem wyskoczymy na drinka. Przytulny klub w centrum miasta. Zawsze spędzamy tam góra 3h. Siadamy przy barze, a wianuszek mężczyzn ustawia się w okół nas by postawić nam drinka. Oni są zabawni. Pewnie mają nadzieję, że impreza przeniesie się do domu.

Cholera kto to stoi przede mną w lustrze? To nie możliwe, abym była to ja. Przecież ta kobieta waży z 80 kilo, ma tłuste nogi, ręce, policzki. Mała świnka, pączuś czy co tam jeszcze. Jak mogłam doprowadzić się do takiego stanu? Grube kobiety mają obwisłe piersi, brzuchy i pośladki. Ja nie chce żadnych atrybutów kobiecości, a tym bardziej jesli one mają być takie wielkie i ochydne. Co się ze mną stało? Jak ja wyjdę na ulicę? I skąd się wzieły rozstępy na moich udach. Zachwile celullitis, żylaki i cholesterol skoczy w górę. Muszę wyrzygać wczorajszy obiad. Kochana mówiłam Ci, żebyś uważała na to co jesz.

Znowu ktoś dzwoni. O to pan, znudziła się panu gra w kotka i myszkę. Nie nie tęskniłam. I nie nie mam czasu. Nie dla Ciebie maleńki, Twój czas już się skończył. Słońce zaszło, padał deszcz. Ściełam włosy. Rozmazał mi się makijaż. Do torebki wsadziłam pomadkę, stanik i tusz do rzęs.

środa, 27 maja 2009

Jestem naga. I nie chodzi mi o to ciała, które w zupełności mi przeszkadza. Kobiece kształty. Phi, po co mi to? Jakiś obiekt pożądań męskich na dekoldzie. To nie dla mnie. Nie chcę być tylko kobieta. Chcę być przede wszystkim osobą. Celem samym w sobie. Nie chcę się znowu poniżać. Chcę być matką, żoną i kochanką. Ale chyba mogę wchodzić w takie role sama dla siebie.


Miałeś zielone oczy. Wierzyłam w każde Twoje słowo. Byłam ślepa, nie mogę nawet w to uwierzyć. Wierzyłam w każde słowo, teraz okazało się, że kłamałeś. Nic nie było prawdą. Jak każdy mężczyzna. A krople deszczu spływają po moim dekoldzie. Płakałam.
Podaj mi rękę. Nie kiedyś tylko już teraz. Widzę, że nie możesz już. Podaj, bo będzie za późno. Nie mogę Cię stracić, nie teraz, kiedy już wszystko rozumiem. Podaj mi swoją dłoń.

-Po tym wszystkim mam Ci zaufać? Uderzyłeś mnie, zabiłeś. Zawsze taki byłeś, cholernie zimny i zły. Idealista, perfekcjonalista. Nie znosiłeś sprzeciwu prawda? Pamiętasz jak katowałeś mnie do utraty tchu, gdy nie byłam Ci posłuszna? Jak zamykałeś mnie w łazience? Oddałam Ci wszystko, teraz kolej na coś dla mnie. Wierzę, wierzę w to, że miłość może zabić. Mnie pozbawiła sumienia, zabrała mi jakąś ilość wolnej woli i zabrała nadzieję, nadzieję na lepsze jutro.

niedziela, 24 maja 2009


7:00 pobudka. Cholerne słońce wpadające do mieszkania. Jestem naga. Nakrywam głowę poduszką. To nic nie daje. Dobra wstajemy. Boli mnie brzuch. Domaga się codziennej porcji jedzenia. Ale potrafię go oszukać butelką wody. Nie będziesz dzisiaj jadł, o nie mój drogi. Bolą mnie plecy, cóż starość nie radość. Powyginam się trochę, a na drugi dzień mam kłopoty z chodzeniem. Docieram do kuchni. Kawka z mlekiem plus papieros. Siadam na stołeczku przy oknie i rozkoszuje się jakże wykwintnym śniadaniem. W tle słychać przejeżdżający tramwaj, sąsiadkę z góry chodzącą po domu i szum liści. Mieszkania w blokach są straszne. Słyszę każdy szelest z góry, dołu, boku. Zamknijcie się wreszcie ludzie. Po kawce długa kąpiel. Lubie jak marszczą mi się palce. Musze zwymiotować. Na chwilę zostawcie mnie samą, za drzwiami stójcie. No już. Możemy zacząć dzień.

o 10:30 dowiedziałam się, że jestem idealistką.

sobota, 23 maja 2009


Wpadłeś bez zapowiedzi. Proszę pana chociaż wypadałoby zapukać. Jestem naga, nie krępuje Cię to? Tak jak burza po prostu wszedłeś i hej. Zawsze pojawiasz się niespodziewanie wdzierając się z impetem, tak z zaskoczenia. Nie to nie dziecięca spontaniczność. Ciebie nie interesuje to co ja myślę. Tego byłoby już za dużo. Nie krępuj się, siadaj to może ja podam kawę, herbatę, setkę wódki? Do wyboru do koloru. Marudzisz, narzekasz, opowiadasz te swoje wyssane z palca historie. Obiecujesz, prawisz komplementy, a swoją drogą na prawdę nie obchodzi mnie to, że tęskniłeś. Ja nie. Do szczęścia Ty mi akurat potrzebny nie jesteś. Ale możesz posiedzieć na mojej kanapie. Wysłucham, posłucham, pogłaszcze po główce. Przytule, pocałuje, ale nie licz na to, że wybaczę. Mam dość Twoich bajek. To już nie nasza wspólna historia. Uprzedmiotowiłam Cię. I tyle. Zdziwiony? Wiesz dorosłam, ty stoisz w miejscu i już nigdy mi nie dorównasz. Jestem stroną silniejszą. Osiągnęłam stan zimnej suki. Z odrobiną pieprzu. A tak swoją drogą, mógłbyś już pójść sobie.



Chcę córeczkę. Maleńką wersje mnie.
Jestem tylko konstruktem literackim. I to by było na tyle. Ukłon, skłon, pomacham na dobranoc.


Bawiłyśmy się fantastycznie. Drineczki, szampan, kawior, truskawki i whisky z colą. Czasami jeszcze odrobina cynamonu i arbuza, ale to tak troszeczkę do smaku. Kobiety 21 wieku. Wyzwolone, świadome, inteligentne. Co tu więcej dodać? Może to, że nigdy nie będziesz takiej miał. My nie ten typ co można posiadać. Nie dajemy się szufladkować, chować, wsadzać do kieszeni. My nie zakochujemy się, możemy ewentualnie mieszkać razem, a od czasu do czasu się pieprzyć. Nie będzie codziennie na stole ciepłego obiadku, oglądania meczyków i piwka. Nie będziemy prały wam skarpetek, bozia rączki dała. Nie nadajemy się do tego.

Cholernie lubię chodzić nago po domu. Złap mnie za cycka, klepnij w tyłek, a później przynieś pudełko ze złotym pierścionkiem.

środa, 20 maja 2009

Wybrałam się dziś do miasta. Najpierw podróż tramwajem 20 minut. Korki, korki, korki. Szlag by to trafił. Zapach ludzi, pot, kurz i ta domieszka perfum. Jakaś pani obok odrobinkę przesadziła. Stałam pod oknem z książką. Starszy pan wbijał mi w żebra swoją torbę. Pani koło 40 ciągle uderzała dłonią o moje pośladki. Odechciało mi się wszystkiego. Gdy udało mi się dotrzeć w okolice ulicy Piłsudzkiego byłam wykończona. Kolejne stracone minuty na przejściu dla pieszych. Kobieta krzyczała na maleńkiego chłopca, który nie chciał iść za rączkę. W końcu wpadam do sklepu, jeden, drugi, trzeci. Nie ma nic, Jakoś nie przemawia do mnie nowa "moda". Pełno ludzi, ja nie bawie się w to. Nie walczę o sweterek. W końcu po godzinie chodzenia udało mi się namierzyć sukienkę. cholera droga. Czekam do przymierzalni. Obok nastolatki rozmawiają o sexie. Przeciez one mają 16 lat? Już chciałam coś powiedziec, ale nadeszła moja kolej. W tych światłach wyglądam grubo. Przebieralnia tak ciasna, że nie mogę ruszyć ręką. Dzwoni telefon. Nie nie jestem zainteresowana. Oczywiście rozmiar 36 wisi na mnie jak na wieszaku. Idę dalej. Czas na wycieczkę po ulicy Wschodniej. Zapach starych ubrań odrobinę mnie razi, ale podnoszę głowę do góry, zatykam nos i plądruje dział dziecięcy. Bingo! Nareszcie coś dla mnie, Mieszanka lalki Barbie u gwiazdy Rocka. Pasuje. Kolejka do kasy. Kolejne 15 minut stracone. Otwieram torebkę. cholera nie wzięłam portfela. Biednemu zawsze wiatr w oczy. Wracam pieszo do domu, mam dość ludzi. Oczywiście nic nie załatwiłam jak zwykle. Potrzebuję kawy, dużej ilosci kawy i spokoju. Kolejną wycieczkę zaplanowałam na przyszły miesiąc. Musze wyleczyć się z tej.

poniedziałek, 18 maja 2009




Spotkałam go w małej knajpce przy autostradzie. Dwie kawy i ciastka z kremem.Wisienka na torcie. Rozmawialiśmy o pogodzie. Tylko tyle. Na dworze padało. Gdzieś z kuchni dochodził do nas zapach przypalonego ciasta, a kelnerka sprzątała rozlany napój kilka stolików obok. Miał na imię Patryk, a może Michał. Nie pamiętam dokładnie. Wytarłam serwetką łyżeczkę zanim pomieszałam nim napój. Zielone ceraty na stolikach, odrapana pomarańczowa farba na ścianie. Wypiliśmy i zaproponował, abyśmy przenieśli się na górę, tam gdzie wynajął pokój na jedną noc. W podróży trzeba odpocząć. Za kilka godzin miałam autobus do domu, więc przystałam na propozycję. Pokój numer 53. Zapach stęchlizny, tandetna tapeta w kwiatki, pożółkłe zasłonki w oknach. Łóżko przykryte kocem w kratę. Nalał mi wódki z colą. Przy lustrze ktoś przykleił wyrwaną kartkę z czasopisma dla dorosłych. Naga kobieta, blondynka, rozchylone usta. Pozycja ginekologiczna. Opowiedziałam mu o moim psie, on przytakiwał. Miałam dość tego wstępu. Wstałam i po prostu rozpięłam sukienkę. - Będziemy tak gadać, aż się ściemni czy po prostu zerżniesz mnie na tym łóżku i rozejdziemy się w swoje strony?
Przyciągnął mnie do siebie i zdjął mi stanik, następnie majtki i rzucił na ziemię. Może nie ma za bardzo nic do powiedzenia, ale przynajmniej dobrze wygląda. Po chwili oboje leżeliśmy nadzy. Chciałam by mnie pieprzył, ale on strasznie się ociągał. Delikatnie badał moje piersi, całował policzki. Po co te ckliwości? Stary to nie noc poślubna, ani film dla dzieci. Zaczęło mi się nudzić. - Cholera człowieku weź się za to, albo spadaj. Nie mam czasu na takie zabawy. Podziałało. Był nawet niezły w tym co robił. Łóżko skrzypiało, ja krzyczałam. 2 orgazmy, całkiem niezły wynik. Po wszystkim poszłam się wykąpać. Obskurna łazienka. Ale woda orzeźwiła mnie. Jak wróciłam on spał, miałam ochotę na więcej, ale chyba trafiłam znowu na krótkodystansowca. Cóż nie mam chyba dziś szczęścia. Na stoliku przy łóżku leżała książka. Dostojewski, może on nie jest tak głupi jak myślałam? Ale nie mi to już oceniać. Przez kilka minut nie mogłam znaleźć mojego ubrania, ale udało się. Majtki leżały pod stołem. Stanik zaczepił się na szafce. Ubrałam się, poprawiłam włosy i pomalowałam usta czerwoną pomadką. Jeszcze 3 godziny zanim przyjedzie autobus. Przestało padać, może spróbuję pojechać stopem. Przed knajpą widziałam kilka tirów. Poproszę może ktoś mnie zabierze. Mój amant nie ma kondycji na dalszą zabawę, więc nic tu po mnie.

Alicja z drugiej strony lustra. I wcale tam nie jest czarno- biało.


Alicja zapłukała do mnie przez lustro, gdy stałam w łazience i próbowałam rozczesać włosy. Tak niewinnie, ukratkiem zapukała z drugiej strony. Zdążyłam ujrzeć tylko jej blond włosy i niebieskie oczy. Nie wiem czego chciała, wyglądała na przestraszoną. Może woła mnie do siebie? Alicjo? Mam nadzieję, że jeszcze wrócisz. Tak po prostu pociągniesz mnie za sobą do innej rzeczywistości, gdzie lody waniliowe nie są już waniliowymi lodami, a ból nie jest już tym samym bólem co teraz. Zmieniłam się na przestrzeni tych miesięcy. Odwróciłam moją osobowość o 180 stopni, a może mi się tylko tak wydaje. Alicja pozostaje zawsze taka sama. Pamiętam, gdy pierwszy raz przyszła. Lato chyliło się ku krańcowi, liście zaczynały przybierać barwe złota. Było to dawno, miałam naście lat i wydawało mi się, że nie będę umiała być szczęśliwa. Zamiast w lustrze ujrzałam ją w tafli jeziora. Pomachała i uciekła, wtedy myślałam, że to mój umysł płata mi figle. Parę dni później znowu ją zobaczyłam w sklepowych szybach, samochodowych lusterkach, była wszędzie. A którejś nocy po prostu odezwała się do mnie, delikatnie uśmiechnęła i przemówiła tym swoim dziecięcym głosem. Zawsze przychodziła w ciężkich chwilach i była obok mnie. Czasem trzymała mnie za rączkę, pilnowała gdy szłam spać. Jej obecność pomagała mi, bardzo pomagała, a gdy było już lepiej po prostu uciekła. Bez pożegnania i nagle. Szukałam jej w leśnych kałużach, lustrach i lustereczkach. Nie było jej i zapomniałam o tym, że w ogóle istniała. Aż do chwili, gdy zaczęło być mi znowu smutno. Dziś pojawiła się na chwilę. I znowu mi lepiej, teraz chcę iść za nią, bo jej świat jest podobno cudowny. Opowiadała mi o nim, uwielbiałam słuchać tych opowieści. Alicjo zabierz mnie ze soba. I znowu ta piosenka w radio, który to już raz dzisiejszego dnia?


[znowu mam obsesję pisania]

Czy pójdziesz ze mną rzucać kamieniami w słońce? Znam takie piękne miejsce z widokiem na księżyc. Spojrzymy przez okno.


Obudziłam się między godziną 9:30, a 10:05. Słońce było już dość wysoko na niebie i z tego względu różnice w obliczeniach. Oświetlało moją twarz tak, że nie byłam w stanie otworzyć oczu. Leżałam, leżałam i zastanawiałam się czy wstać czy nie. Bo tak naprawdę po co? Dlaczego robię to wszystko? Wstawanie mnie męczy, później podróże komunikacją miejską. Zapach ludzi w tramwajach przyprawiający o mdłości. Jestem silną kobietą i jakoś sobie radzę. Jestem małą księżniczką bez diademu, bez korony i bez księcia z bajki. W ogóle podejrzewam, że książęta z bajki to przeżytek dawnych czasów. Teraz nikt nie nosi kobiet na rękach, nie całuje w czoło na dobranoc. Książęta teraz nie jeżdżą konno i nie ratują księżniczek z opresji. Teraz nikt nie zamyka w wieży małych dziewczynek, więc po co książęta? Teraz nie ma tronów, a kobiety są bardziej wyzwolone niż zwykle. Jesteśmy otwarte, dumne i chodzimy z głową zadartą do góry. Książęta wyglądają teraz inaczej niż zwykle. A my dziewczynki lubimy chłopców niegrzecznych, ale najchętniej zostajemy same ze sobą. Same bo mamy zbyt duże wymagania, bo stawiamy poprzeczkę zbyt wysoko. Przeżycia metafizyczne, cholera jasna. Siedziałam w spokoju do godziny 10:30 pijąc kawę i jakąś herbatkę na odchudzanie. Zjadłam kawałek ogórka i pomidora. Powinnam wstać, wykąpać się i wyjść z domu. Powinnam, ale dalej tutaj siedzę. Nie mam siły, nie chce mi się, albo myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Jestem silną i dumną kobietą. Tylko czemu wszystko jest takie skomplikowane? Chodze po tym mieście, niby wszystko w porządku, wesoło. Uśmiecham się, bawię. Poznaję sporą ilość mężczyzn, ale co z tego? Jakoś w środku się duszę, nie sprawia mi to takiej radości jak kiedyś. Studia już tak mnie nie cieszą. Wszystko jest bezpłciowe. Nie mam nawet ochoty na frytki ani na czekoladę. Dławię się. Może to wina zaćmienia księżyca, przypływów, odpływów czy czego-tam-ludzie-nie-wymyślą. A Ty możesz mi pomóc, nie wiem jeszcze jak, ale możesz jeśli tylko masz ochotę. Wymyśl coś. Cokolwiek. Ja nie gryzę.

niedziela, 17 maja 2009


10 minut zrobienie i wypicie kawy, 7 minut poranny prysznic, 5 i pół minuty przejrzenie porannej gazety, 3 minuty wypalenie papierosa, 1 minuta 30 sekund ubranie się, 55 sekund sprawdzenie porannego maila, 15 sekund lot z wieżowca, 6 sekund tyle będzie trwała moja śmierć.



Obudziłam się. Po omacku doszłam do łazienki, zapaliłam światło. Strasznie razi mnie w oczy. Udało mi się nie zgubić po drodze, pierwszy sukces dzisiejszego dnia. Przed umyciem zębów zwymiotowałam wczorajszy obiad. Zadzwonił telefon. Będzie za 167 sekund. Słyszę stukot na schodach. Zawsze bez zapowiedzi. Otwieram mu naga. Zapomniałam się ubrać. Bez zbędnych dzień dobry wchodzi do pokoju, ja przygotowuję kawę. Siadamy przy stole, skórzane fotele. Zaczyna rozmowę od opowieści o wczorajszym dniu. Kolacja w parku na ławce. Podaje mi maleńkie pudełeczko z rybią łuską w środku. Odkładam na szafkę, gdzie trzymam wiele takich bezwartościowych prezentów od niego. Słoik z kasztanami, biodro lalki barbi, uszy pluszowego misia zszyte razem, kubek z podobizną Marlin. Czajnik odezwał się, więc muszę wstać i iść do kuchni. Dwie łyżeczki kawy, pół łyżeczki cukru i odrobina mleka. Dla mnie to samo. Wracam do pokoju, każde z nas chwyta w dłoń parujący kubek. Rozmawiamy o sytuacji politycznej Niemiec, wcale mnie ten temat nie interesuje, więc proponuję przejście do poziomu drugiego. Siadam na kanapie, on obok mnie. Patrzy na mnie jak zawsze oczyma w których widać przerażenie zmieszane z porządaniem. Całujemy się. 652 sekundy wymieniania pocałunków. Wstaję, podchodzę do szafki. Wyjmuję paczkę prezerwatyw, on w tym czasie ściąga spodnie. Etap trzeci podaje mu opakowanie i każę się przygotować. W milczeniu odbywamy akt sexualny. Po wszystkim ja idę się wykąpać, on leże przez 823 sekundy po czym przychodzi do mnie. Znowu dzwoni telefon, dowiaduje się, że jutro idziemy oglądać kaczki. On ubiera się i całuje mnie w czoło. Zawsze to robi. Ja wtulam się w jego ramiona i proszę by został na śniadaniu. Jajecznica z pomidorami. Rozmawiamy o najnowszej wystawie w muzeum sztuki, o kupieniu pralki i koncercie na jaki mamy zamiar iść wieczorem. Ale on został na śniadaniu, więc do jutra pewnie nie wyjdziemy z domu. Sprawdzam maila, wypalam papierosa, podczas, gdy on fotografuje gołębie siedzące na parapecie. Każdego dnia wszystko wygląda podobnie, wiem, że zaraz przyjdzie i poprosi mnie bym usiadła na kanapie. A sam zrobi mi kilka zdjęć. Póżniej uderzy mnie, powie, że jestem jego własnością. Po 3 minutach przeprosi, przytuli i pocałuje. Będziemy się kochać do obiadu. Znowu zamówimy to samo, z dostawą do domu oczywiście i zjemy leżąc nago na podłodze. Nie nie zniosę tego po raz kolejny. Muszę zaburzyć ten schemat. Nie mam ochoty na etap 6, 7 i 8 tego samego. On robi zdjęcia, a ja wychodzę na balkon. Pierwszy raz robię coś innego po 2 sekundach widze jego zaniepokojenie. Idzie za mną. Ale ja skaczę. Nagle po prostu wyskakuję z 6 piętra. 15 sekund lot z wierzowca. zdąrzyłam zobaczyć jak on wychyla się przez barierki by spojrzeć po raz ostatni na mnie. Chyba go kocham. Bo w sumie czemu nie, 5 lat 11 miesięcy, 13 dni, 24 minuty i 45 sekund, tyle czasu spędziłam z nim. Codziennie ten sam schemat. Dziś zaburzyłam go i 6 sekund trwała moja śmierć. Nagłe zderzenie z chodnikiem. On wrócił do pokoju, kilka sekund namysłu i zaparzył kawę. Usiadł w fotelu i zaczął się zastanawiać co ma zrobić, teraz powinien fotografować swoją kobietę. Ona pewnie od minuty nie żyje. Więc co? Może po prostu pozmywa naczynia.

Piątek. A może to była sobota? Nie pamiętam już dni, które malowałeś dla mnie. Zjawiasz się czasami, wpadasz bez zapowiedzi, beznamiętnie, bezwstydnie, tak po prostu. Staram się, aby wszystko było idealne, ale Ty nic sobie z tego nie robisz. Denerwuje mnie ten Twój bezpłciowy ton. Ten wzrok niewyrażający niczego. Jako mała dziewczynka chciałam mieć konia na biegunach, kupisz mi? Znowu spoglądam na zegarek, denerwuje się. A co jeśli nie sprostam Twoim oczekiwaniom? A co jeśli znowu będziesz musiał mnie uderzyć? Ucieszyłam się, gdy promień słońca oświecił moje ciało. Trwa wieczna wojna. Moich wewnętrznych głosów. Ona mówi jedno ja drugie. Kwestia przyzwyczajenia. Ona krzyczy, ja milczę. Albo na zmianę, chociaż to ona jest tą złą. Ona namawia mnie do jedzenia czekolady i chodzenia nago po domu. Ona jest władcza i lubi rządzić. Czasami udaje zimną sukę i ma ochotę zrobić coś niedobrego. Z kolei ta dobra księżniczka jest mała i niewinna. Boi się wszystkiego i nie chce nikogo skrzywdzić.


Przyjdź do mnie. Po prostu popołudniu. Wejdź bez pytania, złap za rękę i rzuć na łóżko. Nie potrzebuję ckliwości, żadnego dzień dobry witaj. Po prostu rzuć mnie i lubieżnie pocałuj. Nie pytaj czy tego chce. Rozbierz, zedrzyj ubranie, nie przejmuj się niczym. Nie udawaj przesadnej i niepotrzebnej grzeczności. Przecież nikt nie zwraca na to uwagi. Możesz gryźć drapać i nie zwracaj uwagi jak krzyczę. Po co zbędne słowa? Potrzebuję kogoś kto nie będzie się mnie pytał o zdanie, kogoś kto będzie moim panem. Znudziło mi się wieczne bycie tą silną, która rozdaje karty. Cholera, chciałabym, aby to teraz mi ktoś mówił co mam robić. Brak mi natchnienia zmian, wszystko to jakieś bezpłciowe. Zwykłe i szare.



Katarzyno znajdź się po drugiej stronie lustra.

czwartek, 14 maja 2009


Proszę pana ja jestem grzeczną dziewczynką. Lekko uśmiecham się. Ona wcale nie jest już taka grzeczna. Bo składam się z dwóch części. Alternatywnych osobowości. Zamieniają się one ze sobą wedle uznania. Jedna wstydzi się nawet odkryć kawałek ramienia, druga jest twardą suką niszczącą wszystko. Mężczyźni są jak narzędzie. Ja kiedyś też takim narzędziem byłam. Ale proszę państwa nie stanę się już nigdy zabawką w rękach jakiegoś kretyna. I nie obchodzi mnie co Ty na ten temat masz do powiedzenia.





Wpadł wieczorem bez zapowiedzi. Cześć mała i koniec. Nie będziemy tutaj rozmawiać, trzeba nam wielu wrażeń, nowych wrażeń. Bezwstydnie całował mnie. Jak byśmy nie widzieli się latami. Uwielbiam gdy to robi, gdy całuje mnie po karku. Dobrze mi, nie łączy nas nic więcej dobrze mi. A Tobie słoneczko będzie dobrze jak umrzesz. Bo tu i teraz raczej nie. A może zabrzmię jak egoistka, a może zlinczuje mnie przez to ktoś, ale cholera z paskudną laska nie mogłabym się całować. Z facetem nie odpowiadającym moim wrażeniom estetycznym też nie. I każdy gada o tym, że wygląd się nie liczy, ale to nie prawda. Liczy się i to bardzo. Bo druga osoba musi pociągać, tak jak leżysz obok tej osoby i nie możesz się powstrzymać, chcesz dotykać jej nagie ciało, całować kawałek po kawałeczku. I tylko brzydkie panny mówią, że wygląd się nie liczy. Ja szukam księcia z bajki z wystającymi kośćmi. Gdy ich nie ma, nie ma tematu. A Ty co to czytasz możesz mnie nie lubić, nie zależy mi na tym. Ale zastanów się czy mógłbyś sypiać z kobietą która ma bardziej męską twarz niż Ty. Z kobietą z wąsami i 50 kilogramami nadwagi. Z kobietą co piersi ma obwisłe i nie pociąga Cię niczym. Sorry, ale nie. Nie rozumiem czemu kobiety o siebie nie dbają, lepiej przecież być pięknym. Chociaż kobiety piękne i mądre mają w życiu nie dobrze. Pozostają samotne.



A tak po za tematem mam ochotę na działalność artystyczną, na przygody, by mieć inspirację. Na szaleństwa, więc mój drogi nie pytaj się mnie o zdanie tylko rzuć na łózko.

środa, 13 maja 2009

kolejne opowieści o jej życiu.


Przyszłam do niego, któregoś wieczora. Czułam lekkie zdenerwowanie wchodząc po schodach. Stukanie obcasów, każdy krok odbijał się echem od ścian. 162 schody, liczyłam po drodze. Będąc na górze zadzwoniłam do drzwi. Drzwi jego mieszkania. Otworzył mi i wpuścił mnie do środka. Ubrany był w zwykłe jeansy i jasną koszulkę. Uwielbiam jak patrzy na mnie z góry tymi swoimi oczyma. Z lekkim zarostem i twarzą nie wyrażającą żadnych emocji. Pociąga mnie jego głos, zapach. Całe moje ciało pokryło się gęsią skórką i poczułam to podniecające drżenie. On kazał mi się rozebrać między szafką na buty, a lustrem. Tam gdzie stałam. Zostawiłam wszystkie rzeczy na podłodze pod drzwiami i poszłam naga za nim do pokoju. Postawił mnie na środku pokoju. W miejscu, które oświetlało kilka ogromnych lamp. Pokój ten miał kolor czekolady i nic w nim nie było oprócz tych lamp skierowanych na mnie. Poczułam dezorientację, mieszaninę wstydu i przerażenia. Stałam tak bezbronna na środku tego pokoju jak posąg z brakiem odwagi by się poruszyć. Patrzyłam przed siebie z podbródkiem wystawionym do góry. On przez kilka minut chodził wokół mnie i obserwował. Dmuchał na me piersi, uda i przedramiona. Ja stałam, tylko stałam. Nie miałam odwagi się poruszyć, zapytać co się dzieje, głos utknął mi gdzieś między krtanią, a przełykiem. Byłam bohaterką przedziwnego przedstawienia, gdzie on znał scenariusz ja musiałam mu się poddać. Związał mi nagle dłonie grubym sznurem i wyszedł w pokoju nie mówiąc słowa. Stałam tam skrępowana, mieszanina strachu i podniecenia. Miałam ochotę uciec, ale chciałam też zobaczyć ciąg dalszy. Więc stałam w tym samym miejscu w tej samej ciszy. Po kilku minutach, poczułam zimną wodę opływającą moje ciało. On wszedł tu cicho i wylał na mnie kubeł wody. Krzyknęłam i podskoczyłam. Było mi zimno, nie miałam ochoty na ciąg dalszy. Skuliłam się i schowałam we własnych dłoniach na podłodze. Włosy przykleiły mi się do twarzy i czułam poniżenie i taką bezbronność. Nagle poczułam jak on złapał mnie za włosy i odchylił do tyłu, był nagi. Koniuszkami palców dotykał moich piersi. Jego dłonie były delikatne i ciepłe. Dotykał coraz mocniej, a mi było coraz przyjemniej. Położył mnie na ziemi i badał każdą część mojego ciała raz brutalnie, raz delikatnie. 48 minut badaliśmy się na wzajem. Po 48 minutach przywiązał mnie do kaloryfera. I połączył siebie i mnie brutalnie w akcie sexualnym. Krzyczałam, błagałam o to by przestał, a zarazem podniecałam się coraz bardziej. Po wszystkim usiedliśmy w rogu pokoju i po raz drugi odezwał się do mnie. Poprosił bym przychodziła od czasu do czasu, bym była, a nie bywała. A ja obiełam go i zaczęłam płakać. Płakać, bo tutaj nie ma miejsca na dobre zakończenia i niedługo któreś z nas będzie musiało odejść. Ale teraz, teraz powtórzymy kolejny raz akt sexualny.

sobota, 9 maja 2009


Moje ciało się rozpada. Kontempluję własną śmierć godzinami leżąc na zimnej, brudnej podłodze. Rozpadam się jak tandetna podróbka lalki Barbi sprzedawana na promocjach w chińskich supermarketach. Sindi, Breta czy jak jej na imię. Codziennie zwracam swoje wnętrzności do kibla, czeszę włosy i za każdym razem w dłoniach mam garść tych co mi wypadły. Nie jem, nie pije. Po prostu umieram. Moje ciało pokrywa się bąblami, skóra blednie i odrywam z niej martwe płaty. Każdego ranka i wieczora modle się do sedesu głową w dół. Znalazłam sobie nowego Boga. Obgryzam paznokcie do krwi, rozdrapuje rany. Leże na ziemi, brudnej ziemi i płacze. Nikt już tutaj nie wchodzi, nie ogląda mojej twarzy. Zasypiam z głową we własnych odchodach, bo nie mam siły wstać i pójść do toalety. Czasami czuję robaki spacerujące po moim ciele, ale nie chce ich zrzucać. Śmierć przychodzi cholernie wolno. Wolałabym by już dawno wpadła i zabrała mnie ze sobą. Zsiniały mi usta. Oczy przestały mieć jakikolwiek wyraz. Czasami śni mi się biała łąka. Na której leże w białej sukience, rozpuszczone włosy, czysta, uśmiechnięta. A później budzę się i widzę siebie na tej cholernej podłodze. Znowu wymiotuje. Nie udało mi się tym razem dobiec do toalety. Zwymiotowałam we własne dłonie. Gdy zgłodnieje nie będę musiała iść do kuchni. I wolalabym, gdyby ktoś wszedł i mnie zabił, bo za długo już kontempluje własną śmierć. I nawet w trumnie nie będę wyglądać pięknie. Jak umre to przecież przez kolejnych kilka tygodni nikt mnie tutaj nie znajdzie.



wtorek, 5 maja 2009

szła


Wydawało się jej, że jest dorosłą kobietą. Pewną siebie, dumną i szczęśliwą. Uległa złudzeniom jakie sama sobie stworzyła. Wystarczyła kropla, słowo, by świat jej legł w gruzach. Ale ja nią nie jestem. Nie teraz.





Idę ulicą, ogladam się za siebie. Cholera ktoś mnie śledzi. Czy to prawda? Zastanawiam się czy ktoś mnie śledzi. Może to jakaś zjawa? A może prawda? Spaceruje, biegnę. Złamałam obcas. Już czwarty w tym tygodniu, a dziś dopiero środa. Nie umiem chodzić, kto do cholery jasnej wymyślił 10 centymetrowe szpilki?I za jakie grzechy mam w nich chodzić. Moja kobiecość, subtelność i wdzięk zniknęły, gdzieś między 4, a 7 rokiem życia. Podarłam rajstopy zakładając, znowu poszło oczko. Nie umiem prosto pomalować oczu, nie umiem nałożyć różu, użyć lotki do rzęs. Może nie jestem ideałem, może czasami nic mi się nie chce, zasypiam o nieprzyzwoitych porach, a po sexie najchętniej idę spać. Nie lubię nudy i w życiu i w ksiażce i wszędzie tam, gdzie może się wkraść. Nie jestem glamour. I wcale mnie chcę być. Nie zostanę miss osiedla, miasta czy kraju i co z tego? Nie będę sławą piosenkarką, no to co? Najbardziej cholera lubię być sobą. Bez tego całego bajzlu, kobietą szukającą metafizyki i tyle. Wieczory są miłe. Uspokoiłam się. Będę dobrą żoną, matką i kochanką. No cóż.


Popołudnie nad wodą. Opalanie się i spacery. Obcowanie z naturą. Jestem czasami muzą i postacią z kreskówki. Czasami bywam, tak po prostu, bo nie umiem być. Na stałe mi cięzko to nie ten etap. Proszę państwa to jest życie, a nie jakaś bajka. Tutaj nie ma dobrych zakończeń. Triumfuje wyrachowanie. Ja się tego nie nauczę. Wybaczcie.

sobota, 18 kwietnia 2009

Słyszę tylko tykanie zegara i szepty. Co 5675 sekund w mej głowie pojawia się szept. Mówi, krzyczy, płacze i odchodzi po kilkunastu uderzeniach zegara. Wtedy moje ciało topi się. Staje się czymś na kształt rtęci i rozpływam się po podłodze. Mija 978 sekund, gdy staje się znowu sobą. Leże, leże na podłodze i nie jestem w stanie poruszyć najmniejszą częścią mojego ciała. Nie potrafię, zgubiłam gdzieś drążek i nie mogę ruszać ciałem. Jestem jak w klatce, bezsilny umysł. A wiem, że jak uda się mojemu ciału drgnąć, rozpocznie się na nowo ten sam cykl i tak w nieskończoność. Będzie tak, póki nie dostanę "ostatniego pocałunku". I wtedy zacznie się coś innego.






[nie umiem już pisać bez metafor i bez ukrytego dna]




jestem mistrzem we wkurzaniu samej siebie.

wtorek, 14 kwietnia 2009


Wiosna wybuchła. Ale mój nastrój dalece odbiega od wiosny wokół. Nie będę zbawiać świata, ani nie będę zawsze miłą i dobrą dziewczynka. Mam dość. Doszłam do pewnego etapu, gdzie czas by krzyczeć. Wymyśliłam sobie jakieś wyimaginowane wiosenne postanowienia, ale mam zamiar sie ich twardo trzymać, pewnie przejdzie mi tak samo szybko jak przyszło, ale teraz będe oszukiwać samą siebie i mówić, że mi się uda.


Jeden plus moich nastrojów. Wszystko zaczyna mi sie układać w spójną całość. Za dużo rozumiem.



Katarzyno Marto Anno, zrób do cholery coś z sobą. Zatrzymałaś się na etapie 14 latki i nie możesz wykroczyć po za to. Nie powinnaś zachowywać się jak dziecko. Przestań tupać nóżkami i coś ze soba zrób. Wystarczy spokojnie pomyśleć, nie denerwuj się, uspokój.



To ja będę sobie tak cichutko pod stołem czekać. Albo wyjdę i coś zrobię, bo jest trochę nie wygodnie.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Jestem kobietą, która czasami zapomina o założeniu stanika. Ale i tak moje piersi wyglądają wtedy dobrze. Lubię odkrywać ramiona i na chwile mieć na sobie szpilki. Zazwyczaj zapominam o makijażu i nawilżającej maseczki na noc, ale bez tego umiem też funkcjonować. Jestem kobietą na którą jedyne co możesz robić to patrzec.

niedziela, 29 marca 2009


Jestem tylko tworem obłudy, erotyzmu i ironi. Podszyta dawką dość specyficznego poczucia humoru. Jestem anorektyczną narkomantką, która wyrywa sobie włosy i drapie nadgarstki do krwi, jesli nie wstrzyknie sobie porannej dawki. Siadam na skórzanym fotelu na przeciwko okna z kubkiem kawy i palę papierosa za papierosem zastanawiając się nad moim Ja transendentalnym. Tak upływają mi ranki, później muszę zwymiotować wczorajszą kolację i wypić kolejną porcje kawy zajadając suche kromki chleba. Najczęściej koło godziny jedenastej moje ciało pokrywa się robakami, które dostają się pod skórę i ja muszę przez godzinę wydrapywać je, wyrywać póki nie znikną. Koło połódnia zakładam na siebie za dużą, wymietą sukienkę w której uwidacznia się mój kręgosłup, obojczyki i chude przedramiona pokryte bliznami i świerzymi ranami robakowych rytuałów. Wychodzę na ulicę, jakoś niepamiętając drogi docieram do mojego przyjaciela u którego siadamy przed telewizorem i wypalamy kilka blantów popijająć Whisky. Uwielbiam jak on pieści moje ledwo wystające piersi, jak głaszcze moją twarz. Chyba go kocham jakąś naszą wspólną miłością, bez niczego. Tak po prostu, kocham siedzieć z nim na kanapie i obserwować rzeczywistość. On mnie goni, gdy uciekam, krzyczy, gdy płacze. Czasami zasypiam u niego na kanapie, a on wtedy całuje mnie w czułko i pozwala spać. Po przebudzeniu wstrzykuje mi kolejną dawkę syntetycznej heroiny znalezionej, gdzieś między dobrem i złem na dworcu. Ona zabarwia moją krew na niebiesko, a świat staje się krainą Czarów. A ja jestem dorosłą wersją Alicji w Krainie czarów, która zamiast biegnąć za białym królikiem, ciągnie go do łóżka by móc oddać się swoim narkotycznym wizją. Każdy dotyk wtedy jest skupiskiem barw i dźwięków. Podczas orgazmu muszę kolejny raz zwymiotować. To mój organizm nie radzi sobie, ale ja będę twarda. Wieczór kończę kilkoma szklankami wódki w swoim własnym pokoju z nim, albo z jakimiś poznanymi w klubach kobietami, gdy siedzimy nago na łóżko i pieścimy swoje ciała paląc papierosy i pijąc. Kocham moje życie, mogę w nim być kim tylko chcę. Wystarczy jeden moment, gdy pragnę ptrzenieść się do innej rzeczywistości. Nic mnie nie ogranicza. Nic nie każe tylko Ja i moje życie i on. Mój przyjaciel, kompan i kochanek. Mój brat i mąż. Z którym dzielę narkotyczne wizje i sexualne fantazje. Wystarczy być sobą, a nie udawać kogoś innego, wystarczy tylko chcieć, a mogę przenieść się do krainy OZ.Tu nie ma miejsca na romantyczną miłość.



[w domach z betonu nie ma wolnej miłości]



I ja wiem, że on też mnie kocha, swoją miłością ćpuna. Nie chcemy od siebie nic, prócz towarzystwa, prócz uśmiechu i pewnej dawki fizyczności. Jest cudownie JA i ON. Kiedyś skończy się ta bajka i każdy z nas pójdzie w inną stronę. Kiedyś zasnę na jego kanapie i już się nie obudzę, bo wstrzyknie mi zatrutą dawke leku. Leku na ból świata. I wiem, że on nie poradzi sobie beze mnie. Że jesteśmy nierozerwalną jednością, ja nie oddycham bez niego, on beze mnie. Gdy mnie nie ma, jego też nie. Lecz nie możeny stworzyć rodziny, nie byłoby tak pieknie, nie siadałabym naga w fotelu i z papierosem w dłoni nie krzyczalabym, że moje ciało płonie, a on swoimi dłońmi kawałek po kawałku gasi ten żar. Jesteśmy idealnie dopasowanymi do siebie elementami obłędu, strachu i cynizmu zabarwieni odpowiednią dawką egoizmu. To jest prawdziwa miłość, a nie ckliwości z filmów. Nie banały z piosenek czy książek. Czasami mam go dosyć i odchodzę, gdzie indziej, ale zawsze wracam na tą kanapę, wracam do naszego śwuata.

piątek, 13 marca 2009

Byłeś kiedyś małym chłopcem, dziewczynką i ja kiedyś byłam mała. Marzyłam o koniu na biegunach. Postawiłabym go na strychu i cichutko na paluszkach wbiegałabym po schodach i gładziła jego aksamitną sierść.

W tle cichutko grałaby muzyka, a ja z zaróżowionymi policzkami trzymałabym się grzywy mojego rumaka. Nuciłabym piosenki z dzieciństwa i galopowałabym po plaży. Piękny zachód słońca i błękitne niebo. Uwielbiam te przejażdżki, gdy obserwuję fale rozbijające się o brzeg. Wiatr rozwiewa moje brązowe włosy. Uwielbiam poranki, gdy mogę przenieść się w zupełnie inną rzeczywistość. Świat w innych barwach, takich, które moja dziecięca wyobraźnia buduje. Podczas jednej z tych przejażdżek znalazłam piękną muszelkę o barwie kremowego aksamitu. Złapałam ją moimi maleńkimi rączkami i z drżeniem przystawiłam do ucha. Szum morza, cichutki, delikatny. Bałam się, że to wszystko zniknie, nie mogłam zbyt długo napawać się tą cudowną chwilą by nie uciekła, więc muszlę wsunęłam do kieszonki i jechałam dalej, dalej przed siebie.

Marzyłam o posiadaniu maleńkiego smoka, którego trzymałabym na parapecie w pudelku.

Kiedyś przechadzałam się po maleńkim targu obok mojego domu i podszedł do mnie pan z ogromną siwą brodą, taki pan jakiego spotykają w bajkach smutne dziewczynki. Miał piękne błękitne oczy i delikatny głos. Ofiarował mi maleńkie pudełko i zanim odchyliłam wieczko zniknął gdzieś, a ja nie zdążyłam mu nawet podziękować za podarek. W środku był maleńki smok, który na widok moich ciekawskich oczu uśmiechnął się i rozprostował skrzydła. Pobiegłam szybciutko do domu ściskając puzderko jakby było najcenniejszym skarbem. Ukryłam go na parapecie, mojego nowego wspaniałego przyjaciela, który mieścił się w mojej dłoni. Karmiłam go świeżymi liśćmi sałaty i okruchami chleba. Był taki piękny, jak spełnienie wszystkich marzeń.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Poznałam go w małej knajpce na przedmieściach, miał szafirowe oczy, które do tej chwili pamiętam. Poznałam, lecz nie pamiętam imienia jego, bo brzmiało tak kwieciście, jego głos jakby najpiekniejszych nut zebranie. POznałam go, lecz nie pamiętam jego twarzy, tlyko te szafirowe oczy. Pamiętam jego delikatne dłonie i usta słodkie niczym miód, lecz nie pamiętam słów wypowiadanych, mimo, że kilka godzin mówiły mi. Poznałam, go lecz nie wiem czy był prawdziwy, czy gdzieś tam jeszcze jest.