Słyszę tylko tykanie zegara i szepty. Co 5675 sekund w mej głowie pojawia się szept. Mówi, krzyczy, płacze i odchodzi po kilkunastu uderzeniach zegara. Wtedy moje ciało topi się. Staje się czymś na kształt rtęci i rozpływam się po podłodze. Mija 978 sekund, gdy staje się znowu sobą. Leże, leże na podłodze i nie jestem w stanie poruszyć najmniejszą częścią mojego ciała. Nie potrafię, zgubiłam gdzieś drążek i nie mogę ruszać ciałem. Jestem jak w klatce, bezsilny umysł. A wiem, że jak uda się mojemu ciału drgnąć, rozpocznie się na nowo ten sam cykl i tak w nieskończoność. Będzie tak, póki nie dostanę "ostatniego pocałunku". I wtedy zacznie się coś innego.
[nie umiem już pisać bez metafor i bez ukrytego dna]
jestem mistrzem we wkurzaniu samej siebie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz