Jestem tylko tworem obłudy, erotyzmu i ironi. Podszyta dawką dość specyficznego poczucia humoru. Jestem anorektyczną narkomantką, która wyrywa sobie włosy i drapie nadgarstki do krwi, jesli nie wstrzyknie sobie porannej dawki. Siadam na skórzanym fotelu na przeciwko okna z kubkiem kawy i palę papierosa za papierosem zastanawiając się nad moim Ja transendentalnym. Tak upływają mi ranki, później muszę zwymiotować wczorajszą kolację i wypić kolejną porcje kawy zajadając suche kromki chleba. Najczęściej koło godziny jedenastej moje ciało pokrywa się robakami, które dostają się pod skórę i ja muszę przez godzinę wydrapywać je, wyrywać póki nie znikną. Koło połódnia zakładam na siebie za dużą, wymietą sukienkę w której uwidacznia się mój kręgosłup, obojczyki i chude przedramiona pokryte bliznami i świerzymi ranami robakowych rytuałów. Wychodzę na ulicę, jakoś niepamiętając drogi docieram do mojego przyjaciela u którego siadamy przed telewizorem i wypalamy kilka blantów popijająć Whisky. Uwielbiam jak on pieści moje ledwo wystające piersi, jak głaszcze moją twarz. Chyba go kocham jakąś naszą wspólną miłością, bez niczego. Tak po prostu, kocham siedzieć z nim na kanapie i obserwować rzeczywistość. On mnie goni, gdy uciekam, krzyczy, gdy płacze. Czasami zasypiam u niego na kanapie, a on wtedy całuje mnie w czułko i pozwala spać. Po przebudzeniu wstrzykuje mi kolejną dawkę syntetycznej heroiny znalezionej, gdzieś między dobrem i złem na dworcu. Ona zabarwia moją krew na niebiesko, a świat staje się krainą Czarów. A ja jestem dorosłą wersją Alicji w Krainie czarów, która zamiast biegnąć za białym królikiem, ciągnie go do łóżka by móc oddać się swoim narkotycznym wizją. Każdy dotyk wtedy jest skupiskiem barw i dźwięków. Podczas orgazmu muszę kolejny raz zwymiotować. To mój organizm nie radzi sobie, ale ja będę twarda. Wieczór kończę kilkoma szklankami wódki w swoim własnym pokoju z nim, albo z jakimiś poznanymi w klubach kobietami, gdy siedzimy nago na łóżko i pieścimy swoje ciała paląc papierosy i pijąc. Kocham moje życie, mogę w nim być kim tylko chcę. Wystarczy jeden moment, gdy pragnę ptrzenieść się do innej rzeczywistości. Nic mnie nie ogranicza. Nic nie każe tylko Ja i moje życie i on. Mój przyjaciel, kompan i kochanek. Mój brat i mąż. Z którym dzielę narkotyczne wizje i sexualne fantazje. Wystarczy być sobą, a nie udawać kogoś innego, wystarczy tylko chcieć, a mogę przenieść się do krainy OZ.Tu nie ma miejsca na romantyczną miłość.
[w domach z betonu nie ma wolnej miłości]
I ja wiem, że on też mnie kocha, swoją miłością ćpuna. Nie chcemy od siebie nic, prócz towarzystwa, prócz uśmiechu i pewnej dawki fizyczności. Jest cudownie JA i ON. Kiedyś skończy się ta bajka i każdy z nas pójdzie w inną stronę. Kiedyś zasnę na jego kanapie i już się nie obudzę, bo wstrzyknie mi zatrutą dawke leku. Leku na ból świata. I wiem, że on nie poradzi sobie beze mnie. Że jesteśmy nierozerwalną jednością, ja nie oddycham bez niego, on beze mnie. Gdy mnie nie ma, jego też nie. Lecz nie możeny stworzyć rodziny, nie byłoby tak pieknie, nie siadałabym naga w fotelu i z papierosem w dłoni nie krzyczalabym, że moje ciało płonie, a on swoimi dłońmi kawałek po kawałku gasi ten żar. Jesteśmy idealnie dopasowanymi do siebie elementami obłędu, strachu i cynizmu zabarwieni odpowiednią dawką egoizmu. To jest prawdziwa miłość, a nie ckliwości z filmów. Nie banały z piosenek czy książek. Czasami mam go dosyć i odchodzę, gdzie indziej, ale zawsze wracam na tą kanapę, wracam do naszego śwuata.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz