Moje ciało się rozpada. Kontempluję własną śmierć godzinami leżąc na zimnej, brudnej podłodze. Rozpadam się jak tandetna podróbka lalki Barbi sprzedawana na promocjach w chińskich supermarketach. Sindi, Breta czy jak jej na imię. Codziennie zwracam swoje wnętrzności do kibla, czeszę włosy i za każdym razem w dłoniach mam garść tych co mi wypadły. Nie jem, nie pije. Po prostu umieram. Moje ciało pokrywa się bąblami, skóra blednie i odrywam z niej martwe płaty. Każdego ranka i wieczora modle się do sedesu głową w dół. Znalazłam sobie nowego Boga. Obgryzam paznokcie do krwi, rozdrapuje rany. Leże na ziemi, brudnej ziemi i płacze. Nikt już tutaj nie wchodzi, nie ogląda mojej twarzy. Zasypiam z głową we własnych odchodach, bo nie mam siły wstać i pójść do toalety. Czasami czuję robaki spacerujące po moim ciele, ale nie chce ich zrzucać. Śmierć przychodzi cholernie wolno. Wolałabym by już dawno wpadła i zabrała mnie ze sobą. Zsiniały mi usta. Oczy przestały mieć jakikolwiek wyraz. Czasami śni mi się biała łąka. Na której leże w białej sukience, rozpuszczone włosy, czysta, uśmiechnięta. A później budzę się i widzę siebie na tej cholernej podłodze. Znowu wymiotuje. Nie udało mi się tym razem dobiec do toalety. Zwymiotowałam we własne dłonie. Gdy zgłodnieje nie będę musiała iść do kuchni. I wolalabym, gdyby ktoś wszedł i mnie zabił, bo za długo już kontempluje własną śmierć. I nawet w trumnie nie będę wyglądać pięknie. Jak umre to przecież przez kolejnych kilka tygodni nikt mnie tutaj nie znajdzie.
sobota, 9 maja 2009
Moje ciało się rozpada. Kontempluję własną śmierć godzinami leżąc na zimnej, brudnej podłodze. Rozpadam się jak tandetna podróbka lalki Barbi sprzedawana na promocjach w chińskich supermarketach. Sindi, Breta czy jak jej na imię. Codziennie zwracam swoje wnętrzności do kibla, czeszę włosy i za każdym razem w dłoniach mam garść tych co mi wypadły. Nie jem, nie pije. Po prostu umieram. Moje ciało pokrywa się bąblami, skóra blednie i odrywam z niej martwe płaty. Każdego ranka i wieczora modle się do sedesu głową w dół. Znalazłam sobie nowego Boga. Obgryzam paznokcie do krwi, rozdrapuje rany. Leże na ziemi, brudnej ziemi i płacze. Nikt już tutaj nie wchodzi, nie ogląda mojej twarzy. Zasypiam z głową we własnych odchodach, bo nie mam siły wstać i pójść do toalety. Czasami czuję robaki spacerujące po moim ciele, ale nie chce ich zrzucać. Śmierć przychodzi cholernie wolno. Wolałabym by już dawno wpadła i zabrała mnie ze sobą. Zsiniały mi usta. Oczy przestały mieć jakikolwiek wyraz. Czasami śni mi się biała łąka. Na której leże w białej sukience, rozpuszczone włosy, czysta, uśmiechnięta. A później budzę się i widzę siebie na tej cholernej podłodze. Znowu wymiotuje. Nie udało mi się tym razem dobiec do toalety. Zwymiotowałam we własne dłonie. Gdy zgłodnieje nie będę musiała iść do kuchni. I wolalabym, gdyby ktoś wszedł i mnie zabił, bo za długo już kontempluje własną śmierć. I nawet w trumnie nie będę wyglądać pięknie. Jak umre to przecież przez kolejnych kilka tygodni nikt mnie tutaj nie znajdzie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz