Jesteś moim mordercą, prywatnym tym co zabija moje marzenia, sny. Gdy umieram za każdy dzień. Straszny stwór z innej rzeczywistości, który każe mi rozcinać swoje nadgarstki i zlizywać krew z opuszków palców, z dłoni. Zmusza mnie do płaczu, którego ja już nie chcę, nie chcę bo za późno przychodzi. Moje ciało krzyczy, mówi mi, że starczy tego dobrego, ze nie mam siły już płakać. Nie wiem czego potrzebuje, na pewno jakieś rewolucji, zmiany. Odwrócenia mojego świata do góry nogami, tak nagle. Nie ważne jak to się stanie. Nie potrzeba mi tego wiedzieć.
I znowu czeka mnie życie, jakie sama nie wiem. Odbijam się od ścian, jedna i druga w jedną i drugą stronę. Czuję się jak naćpana, jak nie żywa, gdzieś nie tutaj i nie teraz. W innym świecie pełnym waty cukrowej.
Czuję tą cholerną obecność kogoś we mnie, w środku. Kogoś kto depcze mi po pietach, ale nie umiem odkryć kim on jest. Czuję jego bliskość, ale nie wiem czemu nie może mi się ujawnić. Dziwne uczucie, a może to tylko mój popieprzony umysł pełen narkotycznych wizji, poalkoholowych stanów uniesienia, mieszanina jawy i snu, może on wytwarza sobie zupełnie coś odrębnego od rzeczywistości. Może ja żyję w bańce mydlanej i nic nie jest prawdą. Ale czuje to, do cholery czuje.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz