10 minut zrobienie i wypicie kawy, 7 minut poranny prysznic, 5 i pół minuty przejrzenie porannej gazety, 3 minuty wypalenie papierosa, 1 minuta 30 sekund ubranie się, 55 sekund sprawdzenie porannego maila, 15 sekund lot z wieżowca, 6 sekund tyle będzie trwała moja śmierć.
Obudziłam się. Po omacku doszłam do łazienki, zapaliłam światło. Strasznie razi mnie w oczy. Udało mi się nie zgubić po drodze, pierwszy sukces dzisiejszego dnia. Przed umyciem zębów zwymiotowałam wczorajszy obiad. Zadzwonił telefon. Będzie za 167 sekund. Słyszę stukot na schodach. Zawsze bez zapowiedzi. Otwieram mu naga. Zapomniałam się ubrać. Bez zbędnych dzień dobry wchodzi do pokoju, ja przygotowuję kawę. Siadamy przy stole, skórzane fotele. Zaczyna rozmowę od opowieści o wczorajszym dniu. Kolacja w parku na ławce. Podaje mi maleńkie pudełeczko z rybią łuską w środku. Odkładam na szafkę, gdzie trzymam wiele takich bezwartościowych prezentów od niego. Słoik z kasztanami, biodro lalki barbi, uszy pluszowego misia zszyte razem, kubek z podobizną Marlin. Czajnik odezwał się, więc muszę wstać i iść do kuchni. Dwie łyżeczki kawy, pół łyżeczki cukru i odrobina mleka. Dla mnie to samo. Wracam do pokoju, każde z nas chwyta w dłoń parujący kubek. Rozmawiamy o sytuacji politycznej Niemiec, wcale mnie ten temat nie interesuje, więc proponuję przejście do poziomu drugiego. Siadam na kanapie, on obok mnie. Patrzy na mnie jak zawsze oczyma w których widać przerażenie zmieszane z porządaniem. Całujemy się. 652 sekundy wymieniania pocałunków. Wstaję, podchodzę do szafki. Wyjmuję paczkę prezerwatyw, on w tym czasie ściąga spodnie. Etap trzeci podaje mu opakowanie i każę się przygotować. W milczeniu odbywamy akt sexualny. Po wszystkim ja idę się wykąpać, on leże przez 823 sekundy po czym przychodzi do mnie. Znowu dzwoni telefon, dowiaduje się, że jutro idziemy oglądać kaczki. On ubiera się i całuje mnie w czoło. Zawsze to robi. Ja wtulam się w jego ramiona i proszę by został na śniadaniu. Jajecznica z pomidorami. Rozmawiamy o najnowszej wystawie w muzeum sztuki, o kupieniu pralki i koncercie na jaki mamy zamiar iść wieczorem. Ale on został na śniadaniu, więc do jutra pewnie nie wyjdziemy z domu. Sprawdzam maila, wypalam papierosa, podczas, gdy on fotografuje gołębie siedzące na parapecie. Każdego dnia wszystko wygląda podobnie, wiem, że zaraz przyjdzie i poprosi mnie bym usiadła na kanapie. A sam zrobi mi kilka zdjęć. Póżniej uderzy mnie, powie, że jestem jego własnością. Po 3 minutach przeprosi, przytuli i pocałuje. Będziemy się kochać do obiadu. Znowu zamówimy to samo, z dostawą do domu oczywiście i zjemy leżąc nago na podłodze. Nie nie zniosę tego po raz kolejny. Muszę zaburzyć ten schemat. Nie mam ochoty na etap 6, 7 i 8 tego samego. On robi zdjęcia, a ja wychodzę na balkon. Pierwszy raz robię coś innego po 2 sekundach widze jego zaniepokojenie. Idzie za mną. Ale ja skaczę. Nagle po prostu wyskakuję z 6 piętra. 15 sekund lot z wierzowca. zdąrzyłam zobaczyć jak on wychyla się przez barierki by spojrzeć po raz ostatni na mnie. Chyba go kocham. Bo w sumie czemu nie, 5 lat 11 miesięcy, 13 dni, 24 minuty i 45 sekund, tyle czasu spędziłam z nim. Codziennie ten sam schemat. Dziś zaburzyłam go i 6 sekund trwała moja śmierć. Nagłe zderzenie z chodnikiem. On wrócił do pokoju, kilka sekund namysłu i zaparzył kawę. Usiadł w fotelu i zaczął się zastanawiać co ma zrobić, teraz powinien fotografować swoją kobietę. Ona pewnie od minuty nie żyje. Więc co? Może po prostu pozmywa naczynia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz