poniedziałek, 15 lutego 2010

przesada

Uwielbiam takie dni jak dziś, przesadzone. Przesadzam ze wszystkim począwszy od słowotoku, a skończywszy na dodawaniu chilli do potraw. Wyolbrzymiam uczucia i problemy, przerysowuję samą siebie. Jestem córeczką mamusi, zawsze nią byłam, ale nikt mi nie wierzył. Odnajduję się w bezsensie, nieogarnięciu i tragedii. Lubię te moje życiowe rozterki i bezgłośne krzyki do siebie samej. Fenomenologia to nie był dobry pomysł na godzinę pierwszą w nocy, ale cóż czasu nie cofniemy. Ciągła ostatnio konstrukcja, konstytucja podmiotu, uprzedmiotawianie świata i wykraczanie po za. Ustawiczne wątpienie i budowanie gmachu całej wiedzy. Szukanie fundamentów, tak jestem fundamentalistką i nie wierzę w gry językowe czy kulturalistyczne modele podmiotowości, nie teraz. Odkryłam na nowo miłość do monadologii, znam ją już prawie na pamięć, ale pół dnia znowu powtarzałam: monada- substancja prosta, nie mająca okien. (okien ani drzwi, chociaż kiedyś dopatrzyliśmy się tylnych furtek, gdzieś z tyłu, jeśli może mieć jakikolwiek tył).

Ostatnio mówię dużo o sobie, za dużo? Troszeczkę czuję potrzebę opowiadania o własnych wewnętrznych przeżyciach, snach i obawach. Czasami sama już nie wiem kim jestem i gdzie jestem, ale to chyba przez to, że już dawno przestałam rozumieć siebie (tak, tak dużo miejsca dałam spontaniczności i odmiennym stanom świadomości). Coraz częściej liczę na akty mistyczne, mimo iż nie wierzę w mistycyzm, ale to już inna bajka. Zatrzymałam się na emocjonalnym rozwoju pięcio- latki.

Cholera nie każcie mi przekraczać własnej natury, przecież dobrze wiemy, że nie da się tego zrobić. Nie chcę postąpić źle, obudzić się później i płakać nad rozlanym mlekiem, krzyczeć: Cholera co ja zrobiłam. Nie wiem co znaczy zrobić dobrze, jestem typem osoby, która cierpi na wieczne analizowanie, porównywanie i chyba zważywszy na godzinę to również bezsenność. Postaram zamknąć się na chwilę, dobrze? Starczy mnie, za dużo tutaj.

Sama już nie wiem kto w moim życiu odgrywa rolę pierwszoplanową, kto jest istotny, albo nie(ugryzę się w język i nie będę rzucać słów na wiatr). Im jestem starsza tym bardziej rozdarta wewnętrznie, więc coraz bardziej obawiam się kolejnych urodzin, doświadczeń i myśli. Nie będę myśleć do przodu, nie będę myśleć za innych jeśli nie potrafię teraz o sobie pomyśleć. Dostań się do mojej głowy i sama zobacz jaki jest tutaj bałagan.

A po głowie chodzi mi ciągle pewien przypadkowy Pan. (czy istnieją przypadki?) Po głowie chodzi mi to czy nie jestem uwikłana w konteksty narzucane przez społeczeństwo, czy nie zaplątałam się w uczucia sztucznie preparowane w moim umyśle czy to świadomie czy zupełnie podświadomie (i tak, biję tutaj do Freuda). Czy nie jestem mistrzem w przynudzaniu i marudzeniu? Muszę upłynniać swoje myśli, bo powoli od nich wariuję, chociaż szkoda, że nie mogę mówić wszystkiego.

Proszę niech mi ktoś odpowie czym jest miłość? Czym obsesja i zauroczenie? Jak rozpoznać własne uczucia i odróżnić je od tych sztucznie spreparowanych? Może ktoś ma pomysł na to wszystko co się dzieje we mnie? Na to, że nie radze sobie już z tym wszystkim. I nie, nie marudzę, nie będę płakać. Spróbuję zastosować metodyczne wątpienie...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz