Masz po przecinku nieskończony ciąg liczb. Dzień dobry, mam na imię Katarzyna i mam 22 lata. Sama jestem nieskończonym ciągiem słów i postrzeżeń. Jeden za drugim, nakładają się na siebie lub zajmują na przemian swoje miejsca. Nie jestem szczęśliwa, ani nieszczęśliwa. Nudzi mnie siedzenie w domu, nudzą mnie ludzie i ich niekontrolowane słowotoki. Znowu mam ochotę ryczeć. Mam ochotę by ktoś przytulił mnie, złapał za rączkę i wytłumaczył mi, że wszystko będzie w porządku. Jestem maleńką,żałosną dziewczynką, która bardzo się pogubiła. Sama, do jasnej cholery już nie wiem co czuję. Uwikłałam się w miliony fantasmagorii. Nie wiem, które uczucia są tak naprawdę moje, a które sztucznie wywołałam przez sen. Krzywdzę ludzi, przez to, że sama nie wiem czego chce i przez to, że nie umiem wyklarować tych prawdziwych uczuć. Uwikłałam się w kajdany duchów "kiedyś", a zapomniałam o tym co jest teraz. Nie wiem czy mi się uda, ale warto próbować. Pieprzone wieczne kiedyś spacerujące po mojej głowie i nie pozwalające wleźć czemuś z teraz. Umiem być przyjaciółką, matką, siostrą i kochanką, ale nie potrafię chyba być partnerką, bo nie potrafię uwierzyć w teraz. Jestem monogamiczna do szpiku kości i tylko dlatego, że postawiłam za wysoko poprzeczkę. I tylko dlatego, że uwierzyłam w istnienie metafizyki. W gruncie rzeczy nie lubię rozmawiać z ludźmi, za chwile mam ich dość. Tłumy mnie przytłaczają, porażają tym co mówią. Oczywiście otaczam się milionami pseudo przyjaciół czy bliższych albo dalszych znajomych. Nie widzę sensu w siedzeniu przy piwie i gadaniu o niczym, albo o sobie. Muszę dużo mówić o sobie, bo ludzie ciągle pytają. Ostatnio nie lubię się nawet całować, a sex brzmi jak śmiertelna choroba, albo paskudna bakteria. W gruncie rzeczy nie lubię pić, a robię to ciągle i namiętnie. Nie jestem głośną, głupią i zakręconą kobietą. Większość widzi tylko to co chcę pokazać, nie będę nikogo winić oczywiście, ale tak naprawdę jestem kimś zupełnie innym. Stworzyłam sobie obraz silnej kobiety, a tak naprawdę każdą porażkę "czczę" milionami wylanych łez. Często płaczę, tak sama z siebie, siedzę patrząc w okno i zaczynam łkać. Jestem w miarę szczęśliwa, nie mam na co narzekać, ale nadal wszystko boli w środku. Dlatego nie lubię zobowiązań, wolę uciekać przed samą sobą w nieskończoność. Wolę bywać, nawet w nieskończoność, po prostu bywać. Gdy człowiek nie umie kochać, potrafi być tylko od czasu do czasu. Umiem sypiać z kimś tylko po pijaku, boję się spróbować bez, bo potrzebuję tej cholernej metafizyki, a ona z żadnej strony nie nadchodzi. Nie mogę patrzeć na ciała, które odbiegają od ideałów, nie mogę czuć na sobie spoconego ciała i tego jak ktoś wnika w moją prywatność za głęboko. Nie lubię tego, że do aktów sexualnych potrzebuję albo miłości, albo alkoholu. Jak się zdrowo nawalę zawsze mówię to samo, robię to samo i udaję,że nie płaczę. Wiem to jest nudne, czasami żałosne. Na trzeźwo jestem despotką, straszną ze skłonnościami do depresji. Chciałabym znowu móc być sobą, taką w 100%, chciałabym znowu umieć ufać i kochać. Chciałabym by ktoś zabrał mnie nad rzekę i przytulił. Chciałabym by otarł mi łzy i siedział przy świecach całą noc, bym poczuła się bezpiecznie.
to źle wierzyć w ideały? Źle żyć w odrealnionym świecie?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz